Morsowanie na odchudzanie

morsowanie

Czasem dostaję wiadomości o treści: Kocham jeść, nie lubię ćwiczyć, ale bardzo chcę schudnąć. Proszę poradź jak to zrobić. Mam duży potencjał! Dotychczas odpowiadałam krótko i zwięźle, że cuda zdarzają się tylko w bajkach, ale ostatnio sporo się wydarzyło i zmieniłam zdanie. Jak się bowiem okazało, istnieje jednak pewien sposób. Dzięki niemu można spalić mnóstwo kalorii będąc w totalnym bezruchu, no może nogą trzeba trochę pomachać i nie, nie jest to seks, jak myślą niektórzy panowie ;-)

Sposób, który zapewnia porządną dawkę endorfin, jednocześnie odmładza, regeneruje i hartuje. Mimo, że jest stary jak świat, dopiero w tym roku odważyłam się przetestować go po raz pierwszy na własnej skórze. Faktycznie działa. To zimowe kąpiele. Zakochałam się w nich od pierwszego kroku w kierunku przerębla. Od kilku miesięcy regularnie morsuję we wszystkie weekendy i z każdą kolejną sesją czuję się coraz lepiej, prawie jak młody bóg, który łyknął ambrozji, co zresztą widać na treningach. Ale zacznijmy od początku…

foczka

Co daje morsowanie? 

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że osoby, które regularnie morsują, zdecydowanie rzadziej łapią przeziębienia i grypy niż zimorodki, które unikają lodowatej wody jak ognia. Układ odpornościowy morsów pracuje niczym silnik boxera na najwyższych obrotach, dzięki czemu nie wiedzą, co to antybiotyki i paracetamol. Jednak na tym nie kończy się lista korzyści zdrowotnych, jakie dają zimowe kąpiele. Wspomagają również leczenie kontuzji, uśmierzają migreny, bóle stawów, kości, wszelkie dolegliwości reumatyczne, wykazują pozytywny wpływ na układ krążenia oraz świetnie regenerują, zwłaszcza po zacnym treningu, bo redukują zakwasy i napięcia mięśniowe. 

Kuracje zimnem od dawna wykorzystywane są także w kosmetologii. Lodowate kąpiele zwiększają ukrwienie skóry, w efekcie wygładzają cellulit i zmarszczki, czyli upiększają i odmładzają! Działają również relaksująco podobnie jak wizyta w spa. Po sesji w przeręblu wyglądasz i czujesz się młodziej o kilka lat.  Morsowanie jest bowiem silnym przeżyciem, można by rzec stresem dla organizmu, więc dostaje on takiego kopa adrenaliny, że wkoło zaczynają latać motylki i endorfiny. Największe natężenie czujesz w momencie wyjścia z wody. Później też jest przyjemnie, dobry humor nie opuszcza Cię do końca dnia. Co więcej, pojawiają się opinie, że „zimowe plażowanie” pobudza kreatywność i osoby, które zaczynają swoją przygodę z morsowaniem odkrywają w sobie nowe talenty, o jakich wcześniej nie miały pojęcia. (Aktualnie jestem na etapie oczekiwania, jeszcze żaden się nie objawił, ale czuję, że już wkrótce zacznie się coś dziać ;) ).

Co z tym ochudzaniem?

A teraz moment, który, jak przypuszczam, interesuje Was najbardziej. Odchudzanie. Tak, morsowanie spala kalorie. Skok do przerębla i spędzenie kilku minut w lodowatej wodzie to szok dla naszego organizmu, który na co dzień funkcjonuje przy znacznie wyższych temperaturach. Uruchamia więc awaryjne systemy obronne, a to wiąże się z dużym wydatkiem energetycznym. Naczynia krwionośne zwężają się, a metabolizm przyspiesza. Gdy wracamy na ląd, naczynia krwionośne rozszerzają się, ale nasz organizm wciąż jest wychłodzony, dlatego musi podnieść swoją temperaturę. Z tego powodu pracuje nadal jak rozgrzana do czerwoności lokomotywa, na pełnej parze i spala kalorie jak szalony.

W efekcie, po morsowaniu czujemy się nie tylko wilczo głodni, ale również osłabieni. Po stanie euforii, jaki towarzyszy nam przez jakiś czas po wyjściu z wody (od kilkunastu minut do kilku godzin), przychodzi etap zmęczenia, wręcz senności. Warto wtedy zjeść dobry obiad i zdrzemnąć się. My będziemy spać, a wściekły tłuszcz spalać się. I tak to mniej więcej wygląda :) :) :)

xxxx

Jak zacząć?

Przede wszystkim od wizyty u internisty, który zadecyduje czy możemy wskakiwać do przerębla. Nie wolno ryzykować i podejmować w tej kwestii samowolnej decyzji. Istnieją bowiem przeciwskazania do zimowych kąpieli – to choroby serca i układu krążenia, nadciśnienie, choroby nerek, wątroby, padaczka i borelioza. Jeśli lekarz wyrazi zgodę, możemy natychmiast zaczynać. Zimne prysznice, chodzenie w podkoszulku po mieście przez całą zimę, żeby się przygotować do morsowania, to mity! Wejście do lodowatej wody jest kwestią psychiki. Wszak nie od dziś wiadomo, że ograniczenia istnieją tylko w naszych umysłach. Należy się przełamać i po prostu zrobić to. Ważne, żeby w ten wielki dzień być w pełni sił, bez historii przeziębieniowych czy kaca.

Za pierwszym razem nie bijemy rekordów. Wystarczy dosłownie kilka sekund. Można nawet wejść i wyjść. Stopniowo ten czas będziemy wydłużać z każdą kolejna kąpielą. Ważne jest, by nie przesadzić. Z hipotermią nie ma żartów. Dlatego najlepiej robić to pod okiem doświadczonego morsa. Nigdy solo!

Co bierzemy ze sobą?

Czapka to podstawa. Żaden szanujący się mors nie wchodzi bez niej do wody. Najwięcej ciepła ucieka właśnie przez głowę. Wełniane rękawiczki również się przydają, zwłaszcza, że rąk nie moczymy, tylko trzymamy je nad wodą (jak na moich zdjeciach), no i buty. Na początek wystarczą zwykłe tenisówki, ale później, jeśli nam się spodobają kąpiele i będziemy chcieli je powtarzać regularnie, warto zakupić specjalne obuwie neopranowe, bo stópki i paluszki naprawdę marzną. Ja, jako początkujący mors, wciąż korzystam ze starych trampek w kolorze różowym. Na razie moje nogi nie skarżą się. Trampki chronią w jakimś tam stopniu moje stopy przed zimnem oraz przed skaleczenami, jakby na dnie coś nieprzyzwoitego leżało.

Ponadto potrzebujemy kostium kąpielowy, no chyba, że chcemy morsować nago ;) i ręcznik. Ja zabieram ze sobą jeszcze do kompletu termos z herbatą ze startym imbirem i sokiem malinowym oraz szlafrok. Wskakuję w niego zaraz po wyjściu z wody, zwłaszcza, jeśli planuję jeszcze drugie wejście. Herbatą raczę się po kąpieli, nigdy wcześniej.

Ten dzień, gdy wchodzimy

Do wody nie pakujemy się z pełnym żołądkiem, ale na głoda również tego robić nie wolno. Fajnie wrzucić coś konkretnego na ruszt tak dwie godziny przed morsowaniem, podobna zasada jak w przypadku treningu ;) Zanim zdecydujemy się zrobić ten najważniejszy krok, musimy nasycić naszą krew i tkanki tlenem. To dodatkowe źródło ciepła, taki nasz prywatny piecyk, więc bezwzględnie potrzebujemy ruchu. Rozgrzewka jest konieczna! Możemy potruchtać, poskakać na skakance (mój faworyt, do tego kilka burpeesów i od razu czuję się jak w innym wymiarze ;) ), pajacyki, przysiady, wymachy, podskoki, co tylko przyjdzie Wam do głowy, jednak należy uważać, żeby się… nie spocić. Z tego powodu gimnastyka musi być przeprowadzona w tempie umiarkowanym. Ćwiczymy aż poczujemy, że robi nam się ciepło. Ja zaczynam rozgrzewać się w ubraniu, potem po kolei zrzucam z siebie kolejne warstwy. Kiedy jestem już tylko w kostiumie robię jeszcze kilka ruchów, po czym atakuję wodę.

Za każdym razem, gdy oglądam zdjęcia z mojego pierwszego morsowania, stwierdzam, że przypominam na nich sowę. Ogromne jak spodki oczy, które błyszczą z przerażenia. W dodatku na każdej fotce sterczę sztywno jak pietruszka. Z powodów estetycznych ;) nie zamieszczę ich na blogu, wybaczcie. Jednak, nie było chyba aż tak źle, skoro później wielokrotnie wracałam do przerębla i robię to po dziś dzień. Nawet w Walentynki z Panem P. się w to bawiliśmy. Na zdjęciu, poniżej, próbuję przyprawić mu rogi ;) a to mówi samo za siebie, jeżeli będąc w wodzie mam ochotę żartować i wygłupiać się, musi być w niej całkiem fajnie. Potwierdza się tutaj i to całkiem dosłownie, prawdziwość powiedzenia, że strach ma wielkie oczy. Niestety zima w tym roku nie rozpieszczała nas, dni ze śniegiem w tle można było policzyć na palcach jednej ręki, ale to nie przeszkadzało w morsowaniu ani trochę, bo temperatura wody dała radę.

morsy

Ten moment, gdy wychodzimy

Gdy wychodzimy z lodowatej kąpieli, mamy swoje złote pięć minut. Nie odczuwamy w ogóle zimna. Jeżeli nie planujemy szybkiego powrotu do wody, musimy je wykorzystać do maksimum i jak najszybciej wytrzeć się do sucha i ubrać. Bardzo pomocny okazuje się w tym szlafrok. Dobrze siorbnąć wówczas trochę gorącej herbaty. Ja osobiście, uwielbiam jednak wracać. Robię wtedy mniej więcej minutę przerwy między sesjami. Nie wycieram się, ale nakładam na siebie szlafrok i trochę podskakuję w miejscu. Drugie wejście, według mnie, należy do bardziej emocjonujących, bo masz wrażenie, że woda jest… ciepła. To niemal elektryzujące doznanie, które zapewnia Ci niesamowitą przyjemność. Endorfiny latają wokół Ciebie, aż iskrzy jak w przewodzie wysokiego napięcia.

Po takiej sesji, a tym bardziej dwóch, wydaje Ci się, że straciłeś wszystkie palce u nóg, a Twój brzuch nie należy już do Ciebie. Trzesz ciało ręcznikiem w nieskończoność, bo nie możesz zdiagnozować czy jesteś suchy czy może wciąż kapie z Ciebie woda. Od czasu do czasu przeszywają Cię dreszcze, ale o dziwo, ten stan bardzo Ci się podoba. Jesteś rozradowany jak szczypior na wiosnę. Z uśmiechem na ustach ubierasz się. Czucie we wszystkich członkach powoli zaczyna wracać ;) Żeby przyspieszyć ten proces, wskazana jest dobra szama. Najkorzystniej działa gorący rosół, barszcz, porządny kawał polędwicy, tudzież schabik lub bigos. Nie polecam natomiast słodkich batonów, chipsów, fast-foodów ani tym bardziej piwa!! Zresztą, podobno się odchudzamy ;) więc nasza kuchnia ma mieścić się w kanonach zdrowego FIT stylu.

****

Uwaga. Najlepiej morsować w dzień beztreningowy, zacny rest day ;) gdyż po takim wyczynie nasz organizm musi się zregenerować. Zajmuje mu to nieraz nawet ponad 24 godziny. Warto również raz w tygodniu udać się do sauny, ale nie w tym samym czasie, kiedy odbyliśmy lodową sesję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>